czwartek, 18 lipca 2019

Taniec chiński - kartka dla tancerki

Dziś praca sprzed pół roku, jakoś z początku stycznia, moja pierwsza praca w okresie, kiedy zaczynałam dopiero myśleć o tym, żeby znowu coś robić. Sama notka napisana w lutym. A wrzucam dopiero dziś, na pamiątkę, bo już dłużej nie byłam w stanie znosić braku chronologii (powiedzcie to aspim!). :)

***
Tę kartkę zrobiłam już jakiś czas temu, kiedy dopiero zaczynałam wracać do kartkowania. Jeszcze nie kolorowałam i nie mediowałam, więc wybrałam na tło papier, który wyglądał jak pochlapany farbką, a jednocześnie kolorystycznie pasował do stroju Emilki i... kaczuszki. :> Bardzo lubię to połączenie żółtego i niebieskiego. I to zdjęcie! :D

Emilka tańczy taniec chiński i wiem, że teraz robi to w Warszawie, a także uczy tańca chińskiego, więc gdyby ktoś chciał, mogę zapytać o namiary. Oczywiście to zdjęcie nie jest na poważnie, kaczuszka odejmuje nieco śmiertelnej powagi wprowadzonej cytatem (to ponownie cytat z piosenki Gartha Brooksa "The River"). :) Kartka w zamyśle miała być wspierająca, ale z humorem, i chyba taka właśnie jest.






Najzabawniejsze jest to, że tła docinałam gilotyną, wielką i ciężką, a wygląda, jakbym cięła ręcznie i krzywo. :> 

I telefon robił mi wtedy takie koszmarne zdjęcia, zamglone, więc dziś zrobiłam je jeszcze raz:








***
Kartkę zgłaszam na wyzwania:

1. Anthing Goes
(do 30.07)

2. Słoneczne pozdrowienia
(do 21.07)

(do 28.07)


czwartek, 11 lipca 2019

Monoprinting

Gelli plate mam od dawna, na pewno od co najmniej 2 lat. Dostałam go, kiedy wchodziły na polski rynek. Nie były jeszcze popularne, nie można było dostać kwadratowego, więc mam okrągły. Użyłam go wtedy raz i zniechęciłam się, bo mnie nie wychodzi to tak ładnie jak na filmikach z YT. Kilka dni temu, pod wpływem filmiku Anai, postanowiłam znowu spróbować.


Niestety po wyrzuceniu wszystkich, prócz jednej, farb Dylusions zostało mi tylko takie zestawienie kolorystyczne: jakieś 7 odcieni niebieskiego, 1 zielona, 1 bakłażanowa, 2 brązowe, 1 szara. Czerwona i różowa z lewej strony okazały się za gęste, nie dawało się ich rozsmarować wałkiem na płytce. Zostały niebieskie i brązy. Przygotowałam kilka teł do prostokątnych kartek, kilka zakładek i kilka małych prostokącików, które zostały, więc też postanowiłam je wykorzystać. Oraz kilka kartek z drukarki, na których po prostu czyściłam wałek. Do zabawy użyłam też kilka masek.

No i nie byłam zadowolona...








Przede wszystkim zirytowały mnie puste rogi kartek - tła niestety wystawały z płytki. Czemu ktoś wymyślił tak niewymiarową płytkę - nie wiem. Mnie nie wychodziły takie piękne wzory jak Anai! Farba zaschnięta na płytce nie odklejała się tak ładnie, w ogóle gdzieś znikała albo była niewidoczna. Całe szczęście, że niektóre z farb były metaliczne, więc po wyschnięciu wzory zaczęły wyglądać dużo ładniej pod światło i wreszcie zobaczyłam w nich to coś, co sprawiło, że z radością wrócę do monoprintingu. Oczywiście na zdjęciach tego nie widać, ale widać na filmach!



Dlatego kolejnego dnia wybrałam 2 tła i... tak! Pobawiłam się dodatkowo żelopisami kameleonowymi! Tła zaczęły wyglądać akceptowalnie. Dodałam stemple i napisy i voila! Kartka i wpis do mini art journalu gotowe. :)

1. Kartka.




Na zdjęciu słabo widać kolory, ale zwróćcie uwagę na kolor twarzy dziewczyny i na brązowy kolor kół zębatych w tle. Twarz kolorowałam markerem akrylowym, a koła - farbą akrylową. Każdy produkt z innej firmy, ale obydwa nazywały się Flesh, czyli cielisty. Tymczasem twarz jest żółta, a tło brązowe. Koło cielistości te produkty nawet nie stały. :)

2. Wpis w art journalu.




Nie mogłam wytrzymać i już po napisaniu tej notki i zrobieniu zdjęć obydwa mózgi oraz oczy pociągnęłam cracle medium. Mózgi cudnie popękały!






Kartkę zgłaszam na wyzwania:

1. Dla mężczyzny
(do 30.07)



2. Mechanicznie
(do 4.08)



poniedziałek, 1 lipca 2019

Zakładki na wymianę

Zapisałam się na 2 wymiany zakładkowe TU i TU. Na pierwszą mam zrobić 3 dowolne, ale nie większe niż 15 cm, na drugą 2, w tym jedną świąteczną. Czyli 4 dowolne i jedna świąteczna. Dla siebie też postanowiłam na pamiątkę zrobić jedną, więc wychodzi 6. Wymyśliłam sobie zakładki z motylkami. A ponieważ to ma być blog dla osób autystycznych i/lub z EDS, to mam zamiar opisać swoje błędy, żebyście mogli ich uniknąć. ;)




1. Pierwszy i drugi dzień. Wycinanie zakładek. Wybrałam nieduży witrażowy wykrojnik. Wycinanie to droga przez mękę, Big Shot wymaga niewyobrażalnej siły. Musiałam wyciąć 6 zakładek, 6 kartoników do usztywnienia ich i 5 nakładek, z których potem wycinałam motylki.

2. Trzeci dzień. Nałożyłam gesso na wszystkie 6 zakładek. Poczekałam, aż wyschną, i na 5 z nich nałożyłam pastę strukturalną przez maski. Tego samego dnia postanowiłam też pokolorować tła mgiełkami. Wyszło całkiem fajnie. Te tła będą w większości zasłonięte, więc wklejam je na pamiątkę:

 

3. W czasie, kiedy tła schły, malowałam farbami akrylowymi nakładki, które będą na wierzchu. Użyłam do tego farbki bakłażanowej i brązowej, zmieszanych ze sobą, co stworzyło nowy kolor, o którym myślałam od dawna, ale dopiero niedawno kupiłam te farbki. ;) Ponaklejałam też fragmenty tektury, co okazało się potem błędem. 


4. Czwarty dzień. Tu się zaczęły schody. Z tych nakładek wycinałam motylki, po 2 na każdej. Byłam przekonana, że to wykrojnik nie docina, ale po zbadaniu sprawy okazało się, że nie docina tylko w miejscach, w których jest tektura! Mimo że maszynka spłaszczyła ją totalnie, wykrojnik i tak sobie nie radził, nawet jeśli wałkowałam go po 20 razy! Wyobraźcie to sobie - każdy motylek 20 razy, a było ich 10. Tylko 6 z nich przeżyło wałkowanie. Przyklejały się a to do wykrojnika, a to do kartonika, a to do płytek. Farba była sucha, a mimo to płytki będę musiała szorować. W miejscach niedociętych musiałam te wszystkie motylki wycinać nożyczkami! Nożykiem się nie dało. Nożyczkami jakoś szło, ale tego dnia nie zdołałam zrobić nic więcej. 

5. Piąty dzień. Na nakładki ponaklejałam nową tekturę i pomalowałam ją tą samą mieszanką farbek. Podocinałam ją tak, żeby nie zasłaniała wyciętych motyli. Potem tła postanowiłam pokryć pastami - pentart cracle i DecoArt cracle glaze. Jedna miała sprawić, że gesso popęka, a druga - że popęka błyszcząca powierzchnia. Widzicie tu coś takiego? No właśnie! Tylko mgiełki pod nimi się rozmazały! Dobrze, że chociaż zdążyłam posypać tła brokatem, zanim te pasty wyschły! Nb. to brokat do paznokci. :)



Na dolnym zdjęciu widać delikatne długie pęknięcie, pomyślałam więc, że może trzeba nałożyć jeszcze grubszą warstwę, ale niestety. 2 warstwy wyglądają średnio, a pęknięć nadal nie ma. 

6. Szósty dzień. Tego dnia bawiłam się z rdzą Pentartu. Wyszło bardzo fajnie, chociaż na początku się tak nie zapowiadało. Od razu Wam powiem, że rdza nie tworzy się na kleju do decoupage'u ani na Magicu. Wytworzyła się tylko tam, gdzie wymieszałam proszek z farbą akrylową, więc trzeba mieć brązową czy szarą (chociaż już mam zamiar spróbować z jakąś megakolorową, to musi być dopiero ciekawy efekt!). Przy czym w instrukcji jest napisane, że trzeba gąbeczką docisnąć proszek, ale ja tak nie robiłam. Na folijce wymieszałam proszek od razu z farbą i nakładałam taką brejkę. W niektórych miejscach pędzlem mokrym od farby nabierałam więcej proszku ze słoiczka i nakładałam go bezpośrednio na miejsce docelowe. Dopiero potem lałam na to wszystko odczynniki. Czasami po tym powstała piana, ale nie zawsze, więc się bałam, że nie wszędzie ta rdza chwyci, ale chwyciła. I to nawet tam, gdzie jej nie nakładałam, tylko odczynnik spłynął. Więc jak Wam coś spłynie, to się zupełnie nie przejmujcie, to też fajnie zardzewieje. Na koniec nałożyłam szmatką ciut ciemnobrązowej patyny w płynie. Tylko taką miałam (mam zamiar dopiero dokupić zieloną i niebieską), została mi z czasów, kiedy bawiłam się w decoupage. 




Tę patynę widać tylko pod światło, ale brokat się przebija spod tych wszystkich zabiegów mimo wszystko! Na środkowym zdjęciu powyżej widać, jak rdza spłynęła i mimo to świetnie wygląda. :)

Tego dnia jeszcze podkleiłam tła tekturkami, wcześniej pomalowanymi na czarno (następnym razem użyję raczej czarnego gessa niż farby, farba się błyszczy i odpryskuje), i nastemplowałam bardzo drobny druk na tła i nakładki. I tak to wtedy wyglądało, że aż postanowiłam zaraz po tych zakładkach zrobić podobne, ale z odsłoniętym tłem. :) Odbiłam też szczurka (na zwykłym bloku technicznym) w czapeczce na zakładkę świąteczną.



7. Siódmy dzień. Nakleiłam nakładki na tła. Było ciężko, bo pasty cracle zachowują się jak woski: nic się do nich nie chce przyklejać. Nie działa żaden klej ani gel medium. Działa tylko taśma z ATG, ale jej nie da się nałożyć na całą powierzchnię, więc musiałam kombinować i tam, gdzie się nie dało, nałożyłam Magica. Tym sposobem nawet jeśli w jakimś miejscu nakładka się odklei, to i tak będzie ją trzymać taśma. Zakładki wsadziłam do książki, żeby klej mógł lepiej złapać, a ja w tym czasie zajęłam się zakładką świąteczną. 

Pokolorowałam, wycięłam i nakleiłam szczurka (wycinanie takiej drobnicy mnie przerasta, to kolejna rzecz, której więcej chyba nie zrobię :)). Zrobiłam śnieg białą farbą akrylową, ale była perłowa i nabierała koloru tła, więc teraz śnieg wygląda, jakby to był błękitny metalik. :) I wcale to nie przeszkadza! Przypadkowo też znalazłam konturówki Pontura Paint. Okazało się, że mam kilka kolorów, w tym przezroczysty. Wypróbowałam go wcześniej, żeby sprawdzić, czy nie odstawia takiego cyrku jak konturówka Pentartu, ale nie, perełki wyschły już po kilku godzinach, więc konturówkę ecru (białej nie mam) nałożyłam na czapeczkę i pomponik. Wycięłam też napis - dymo nagle zaczęło poprawnie działać, samo z siebie. Ale denerwuje mnie, że litery są tak daleko od siebie. Nie ma jakiegoś dyma z mniejszymi przerwami? I z polskimi literami? 


8. Ósmy dzień. Przez noc zakładki prostowały się w książce - przy okazji upewniłam się, że nie brudzą, ani nic się nie przykleja i nie odbija, o co zawsze się martwię przy mediach. Pierwsza rzecz, jaką zrobiłam rano, to stickles na krawacie szczura. Kilka śnieżynek na szczurku poprawiłam też konturówką. No i znowu się zawiesiłam, bo nie wiedziałam zupełnie, czy robić dziurki w zakładkach i przewlekać jakieś sznureczki czy wstążki. Do motylich zakładek pasuje wstążka butelkowozielona i brązowa, ale każdego koloru mam tylko po jednym metrze, więc nie wiem, czy w ogóle wystarczy. Sprawa rozwiązała się sama, bo okazało się, że w zakładce świątecznej można zrobić dziurkę, a w pozostałych nie. :)



Skoro nie mogłam zrobić dyndadełek, to zostało mi tylko odbicie pieczątek na tył. Chciałam, żeby papier był lekko zabrudzony, podniszczony, ale już nie miałam siły, więc skorzystałam po prostu z nie najnowszych skrawków brystolu. Może się trochę pobrudzą podczas użytkowania zakładki i wtedy będą wyglądać zgodnie z moimi oczekiwaniami. :) Dopisałam jeszcze dzisiejszą datę (17.06.19), a potem zajęłam się przygotowaniem goodies dla dziewczyn z pierwszej wymiany.





Pierwszy wniosek, jaki mi się nasuwa, to: zakładki z motylami są przecudownym "gniotkiem" dla autysty! Na motyle można patrzeć godzinami! Nie można wzroku oderwać od tego, jak niesamowicie przenikają się mgiełki; paradoksalnie to, że pasta je poprzesuwała, sprawiło, że wygląda to bardziej niesamowicie. Do tego faktury, wzorki, spękania, napisy, brokat! A na wierzchu jeszcze dodatkowo tektura falista i rdza. Te zakładki uspokajają tak jak specjalne kule z brokatem dla autystów. :)

Drugi wniosek: gdybym uczciwie obliczała, ile czasu zajęło mi wykonanie tej pracy, to kosztowałaby kilka stówek i nie byłabym w stanie niczego sprzedać! 









Na zdjęciu powyżej jest ten fragment rdzy, do którego początkowo użyłam varnish & glue. Zobaczcie, jaki fajny efekt wyszedł! Dodatkowy połysk!









Telefon przez 7 dni robił normalne zdjęcia, a 8. dnia nagle znowu zaczął robić zamglone, czyli to jednak nie od tego, że obiektyw jest brudny, bo go zawsze wycieram. To już nie mam pomysłu. :(

Zapomniałam zrobić filmik wszystkim zakładkom. Na szczęście dla siebie też jedną zrobiłam, więc wrzucam. Film znowu dokładniejszy, ostrzejszy i niezamglony, a przecież ten sam obiektyw!




***
Zakładki, które przyszły do mnie, są przecudne! Każda inna! I takie pomysły, na które pewnie bym nie wpadła. Podoba mi się szczególnie sposób przyklejenia motylka ze skrzydełkami 3D albo frędzelek ze sznurków. 





W wymianie pierwszej trzeba było do zakładek dodać przydasie. Nieoczekiwanie nie podano żadnych konkretów (choć pytałam), nie było wiadomo, co to mają być za przydasie i ile ma ich być, co generowało niemały stres, więc więcej chyba nie wezmę udziału w tego rodzaju wymianie. W drugiej wymianie wymieniałyśmy się samymi zakładkami i to było super!  W obu zasadą było wysłanie przesyłki listem poleconym, ale tylko 1 przesyłka faktycznie tak przyszła. Czy w takich wymianach zasady nie są ważne? Nie obowiązują? Nie trzeba ich przestrzegać? Po co je zatem spisywać? To moje pierwsze wymiany w życiu, chciałabym wiedzieć. :) Zwłaszcza że wysyłka poleconym była głównym powodem mojego przystąpienia do wymiany, bo o tym, jak funkcjonuje  poczta na Myśliborskiej, wiecie już z drugiego bloga. Albo z mediów. :( Gdyby któraś z przesyłek została skradziona, nie mogłabym nawet udowodnić, że to nie ja; niepewność by pozostała, a zamierzam umrzeć z nieskazitelnym sumieniem. :) Dlatego od tej pory wymiany - tak, ale tylko z jasnymi zasadami! :)

Mimo wszystko radość z zakładek ogromna. Takie wymiany zakładek chętnie widziałabym częściej. Zakładek nigdy dość, zawsze się przydają. W tym tygodniu, do 8.07,  muszę przeczytać 7 książek z biblioteki, bo zbliża się termin - więc są w sam raz! Jeśli macie ochotę, to możecie tu śledzić, czy mi się udaje. :) 


Banerki do wymian: