Ta praca praktycznie zrobiła się sama. Odkąd zobaczyłam ten stempelek, od razu wiedziałam, że mogę go obrobić właśnie tak. Specjalnie po to go kupiłam!
Do tła wykorzystałam papiery ITD Collection. Poszło szybko. Nakleiłam stempelek, a potem zaczęłam naklejać kwiaty, najpierw ten największy różowy. Potem już poszło samo. Świecidełek użyłam sporo. Posypałam wszystko brokatem białym i błękitnym. W rodeczki nałożyłam trochę mikrokulek w różnych kolorach. Nakleiłam cekiny. Na koniec dodałam trochę crackle accentu Daily Art, ale się nie sprawdził. Dobrze wygląda jedynie na taśmie washi pod stopami dziewczynki. Na kwiatkach wygląda jak plama, nic nie popękało, choć właśnie na papierze powinno. Nalałam go też na cekiny i tu wyszło nawet fajnie, zwłaszcza pod światło. Dodałam też clear gloss na sukienkę i buty dziewczynki. O tym mogę jedynie opowiadać, bo nic z tego nie widać na zdjęciach.
10.08
Dawno jakoś nic nie craftowałam. Jestem zawalona książkami z biblioteki. Nie lubię czytać na zawołanie, ale jednocześnie mobilizują mnie, żeby w ogóle czytać. Bez tego nie dałabym rady. Poza tym chciałabym się przyłączyć do Book Clubu na jednej z grup craftowych, ale żeby przeczytać wymaganą na sierpień książkę, muszę najpierw oddać te z biblioteki. No to czytam. A przez ostatni tydzień odchorowuję też wizytę u nefrologa i wdrożone nowe osłabiające leczenie.
Dziś zaczęłam robić 2 prace na wyzwania do Ewy i Ani, ale w trakcie obmyślania prac zaczęły mi one pasować także do innych wyzwań. :) Wycięłam popiersia Meduz i macki. Przygotowałam tła - docięłam papier scrapowy z resztek i nałożyłam pasty strukturalne. Nakleiłam popiersia na brystol, żeby móc potem pokolorować twarze. To są rzeczy, których nie znoszę robić. Nie przyszły jeszcze płachty klejące, więc musiałam te cieniuteńkie i delikatne części twarzy przyklejać na Magica, ręcznie! Oczywiście cały scrapek w kleju nie do zdrapania.
Tło chciałam mieć jasnoszare z nadrukiem pisma, ale okazało się, że mam papier z nadrukiem pisma tylko z odcieniem zielonego, a do tego nadruk nie w tę stronę, w którą potrzeba. Popsuło mi to zupełnie koncepcję, wymusiło użycie innych past - zielonej i srebrnej. Przy okazji okazało się, że brakuje mi brokatowej niebieskiej i złotej - a myślałam, że mam!
22.08
Dopiero dziś jestem w stanie wrócić do tworzenia. Nie znoszę tych przerw i nie wiem, jak wywołać manię, a bez manii nie da się nic zrobić, nawet jeśli fizycznie jestem do tego zdolna. Jak inni sobie z tym radzą? Bo ja nie umiem. Jeśli nie mam ochoty na craftowanie, to jest ok: nie mam ochoty, więc nie robię, logiczne i w porządku. Ale nie umiem sobie radzić z sytuacją, kiedy bardzo, bardzo chcę coś zrobić, a nie jestem w stanie. Rodzice i lekarze się nie popisali, skazując mnie na takie więzienie.
Dziś tylko wycięłam popiersia i pokolorowałam je promarkerami. Potem pokolorowałam macki różowym i zielonym oxidem - to jedyne oxidy, jakie mam, i akurat pasowały. Znowu zostawiły mi matowe plamy na blacie, niedające się zmyć. Ułożyłam wstępnie główki na tłach i widzę, że zielona pasta jest zbyt intensywna, ale cóż, tak bywa, trudno. :)
Rozkręciłam się - miałam ciężki dzień, meltdown i dodatkowy ból (kolejny kamyczek do działań ortopedycznych), ale pierwszy raz od dawna pojawiła się też mania! Mania wyczyściła mi z konta ostatnie 150 zł, które miało starczyć do końca miesiąca, ale też sprawiła, że posiedziałam nad Meduzami nieco dłużej. Poprzyklejałam wszystko - moje dwustronnie klejące płachty jeszcze nie doszły, więc musiałam przyklejać te wszystkie dziurkowane macki klejem w pisaku, który nie chciał współpracować do tego stopnia, że go wywaliłam i dokończyłam Magikiem.
Odpaliłam pistolet i nakleiłam wianki i kokardy. Miały być jeszcze błyskotki, ale nie mogłam znaleźć cyrkonii na naszyjniki i kolczyki, więc zrobiłam je perełkami w płynie. To na wypadek, gdyby perłowa i brokatowa pasta nie wystarczyła. Mam nadzieję, że perełki do jutra wyschną, bo pozostaje mi jedynie znalezienie jakichś fajnych meduzowych cytatów.
23.08
Tak niewiele jest cytatów o Meduzie, że ciężko było znaleźć coś fajnego. Na wpis do smasha wybrałam pierwszą zwrotkę wiersza "Meduza" Nikołaja Kynczewa (nb. jego wiersze to kopalnia cytatów!), a na kartkę cytat z Kerrelyn Sparks.
Wreszcie udało mi się dziś skończyć pozostałe prace z kwiatkami, do których tła pokazywałam poprzednio. Sposób tworzenia był podobny, z niewielkimi różnicami. Musiałam dorobić zielonych gałązek, bo okazało się, że potrzeba ich 4 razy więcej niż kwiatków. Wykończyłam też drugiego motylka. Używałam tym razem innego drucika, 10 razy cieńszego niż poprzedni, bo mi się wydawało, że taki będzie się lepiej formował. Okazało się, że drucik owszem, lekko się zgina, łatwo się nawija na wykałaczkę i łatwo zdejmuje, ale za to sprężynuje i nie chce utrzymywać kształtu, który mu nadam! Dlatego czułki motyla wyginają się na wszystkie strony i rozkręcają. Ale co mi tam! Skoro nawet AsperGirl przyjęła do wiadomości, że jak jest krzywo, to jest dobrze, to każdy może!
Zapakować ten drucik w stalówkę też łatwo nie było. Ta pętelka co chwilę mi wypadała, więc w końcu przewlekłam ją przez dziurkę za pomocą muliny. Jak tylko to zrobiłam, natychmiast miałam ochotę zawiązać supełek i nawlec na tę mulinę jakieś koraliki. Nie wykluczam, że następnym razem to zrobię! :D
W pozostałych 2 kartkach zamiast motylka dodałam napisy na tle papierków wydartych ze starej książki. Całość przykręciłam do kartek za pomocą ćwieków w kształcie śrubek. Co? Że krzywo? No krzywo! Deal with it! :D
Przy kolorowaniu gałązek bardzo się starałam, żeby się nie porwały, ale i tak się to kilka razy stało. Nie obejdzie się jednak bez papieru o większej gramaturze. Zwykły wizytówkowy nie daje rady w najcieńszych miejscach. Polecicie mi jakiś mocny papier? Byłoby idealnie, gdyby był fakturowany, ale jeśli będzie gładki, to też OK. Mam ochotę ponakładać na te gałązki pastę piaskową następnym razem, więc papier musi być mocny.
Dlaczego telefon, który kręci filmiki z kolorami niemal idealnie takimi samymi jak w realu, jednocześnie robi takie złe zdjęcia i tak przekłamuje, zlewa, a często i przepala na nich kolory? Najdziwniejsze jest to, że każde zdjęcie jest nieostre w okolicach białego napisu, nawet jeśli reszta zdjęcia jest OK! A zrobienie zdjęcia, na którym wszystkie 4 prace byłyby jednakowo ostre i w jednakowych kolorach, graniczy z cudem! W tym przypadku okazało się to niemożliwe. Jednocześnie filmik, na którym wszystkie 4 prace byłyby jednakowo ostre i w jednakowych kolorach, nie był żadnym problemem dla telefonu. Filmik też najlepiej oddaje to, jak kwiaty wyodrębniają się z tła. Na zdjęciach wszystko jest zlane i rozmazane. :(
Wrzucam kolaż wszystkich 4 zdjęć, bo wszystkie 4 prace mam zamiar zgłosić do wyzwania z paletą kolorów u Ani. A poniżej jeszcze 4 dowody na to, że wszystkie prace zawierają kropeczki. :)
I jeszcze niesforny motylek z profilu. :) Drucik jest cieniutki, 0.1 mm, ciemnoszary i widać głównie pod światło.
Bardzo rzadko zdarza mi się robić prace specjalnie pod wyzwania, bo to trochę jak robienie na zamówienie, czyli pod wytyczne, a więc to coś, czego w ogóle nie jestem w stanie robić, ale czasami mnie olśni i od razu wiem, co chcę zrobić. Tak było w przypadku tych kwiatkowych prac. Wydaje mi się to tym zabawniejsze, że kwiaty to jest coś zupełnie nie z mojej bajki! Praca z kwiatkami to takie niecodzienne ekstremum, rzadkość, a tu nagle pojawił się kwiatowy pomysł i w dodatku realizowanie go sprawiło mi radość ogromną. Zresztą i prace z wykrojnikami to dla mnie ekstremum i rzadkość. Jakieś tłowe ramki to jeszcze OK, ale żeby scrapki były główną ozdobą pracy - to naprawdę nie pamiętam, kiedy zdarzyło mi się coś takiego! Chyba nigdy! To są kartki spoza mojej strefy komfortu. Pierwszy raz kolorowałam scrapki. Pierwszy raz też użyłam do kartek metalowych elementów innych niż ćwieki i nie zamocowałam ich na gel medium ani żaden klej - w ogóle nie użyłam medium klejącego. Stalówka jest przymocowana do motylka drutem, a do kartki przyklejony jest tylko motylek (kostkami dystansowymi). Ani stalówka, ani drucik nie są niczym przyklejone do kartki. Mimo to ten sposób wydał mi się najstabilniejszy i najbezpieczniejszy. Nie boję się, że kostki się odkleją, a nawet jeśli, to stalówka i drucik i tak będą się trzymać motylka, bo go jakby obejmują, i nie da się ich zdjąć, chyba że niszcząc motylka albo przecinając drucik. Taki mój patent, można korzystać. :)
Chciałam Wam napisać jeszcze jedną rzecz bardzo dla mnie ważną, mimo że ciągle o niej zapominam napisać. Bardzo Wam dziękuję za komentarze! Są dla mnie megaważne i dają mi dużo radości!
Prace z kwiatkami są zawsze najtrudniejsze, wymagają wyjścia ze strefy komfortu, a efekt i tak jest wątpliwy, ale właśnie taki temat - rośliny - Hubka wymyśliła na lipiec, więc nie miałam wyjścia i powstała taka mini praca do mini art journala. Będą jeszcze 3 kartki w tym stylu, ale później. Na razie udało mi się skończyć tylko to.
Na tło nakleiłam porwane paski papieru, żeby stworzyły ramkę, choć potem i tak tego nie było widać. Nałożyłam gesso, a na nie przez maskę pastę pękającą. Ta pasta wyjątkowo ładnie pęka, nawet jeśli się ją nałoży cienką warstwą - nawet tu widać, że popękała na delikatnych i cieniutkich zawijaskach.
Potem wszystko popryskałam mgiełkami. Pryskałam tak długo, aż efekt mnie zadowolił, a potem zajęłam się motylkami. Na nie też nałożyłam gesso, popryskałam mgiełkami, a potem użyłam pasty pękającej, która miała popękać gesso, ale znowu (!!) tego nie zrobiła. Kiedy wyschła, nałożyłam na nią pastę cracle glaze. Ta popękała ładnie, ale znowu - tak samo jak to było przy poprzednim użyciu pasty pękającej gesso - spod mgiełek wylazły białe plamy. Ta pasta, zamiast spękać gesso, robi białe plamy na kolorowym tle. Totalnie bez sensu. Białe plamy popsuły cały efekt!
Nic się nie może zmarnować, więc jeszcze raz popryskałam motylki mgiełkami. Plam nie dało się już zakryć całkowicie, ale teraz wyglądają jak zamierzone. ;>
Zajęłam się w końcu kwiatkami. Wycinanie nie było aż tak tragiczne, jak się spodziewałam, bo wykrojniki są połączone. Nie rozcinałam ich, tylko tak grupowo wkładałam do maszynki. Bardzo to wygodne w tym przypadku. Kwiatki wycięłam z papieru wizytówkowego i już wiem, że muszę kupić jakiś o większej gramaturze, bo standardowa jest zbyt mała! Barwiłam kwiatki distress markerami i ecolinami w pisakach, pryskając obficie wodą, co powodowało, że kwiatki i listki odrywały się od łodyżek w cienkich miejscach. Przy okazji wyrzuciłam 8 distress markerów! Bo znowu - przestały pisać, mimo że ich nie używałam! To kolejne media, których nie będę już kupować i nie polecam. Tusze distress jakoś działają i też da się nimi mkolorować, więc odpuszczę sobie markery. Nie wiem, co to za durna moda, żeby media stawały się niezdatne do użycia, mimo że się ich nie używało i przechowywało odpowiednio. Markery Ecoline, Clean Color i Karin były przechowywane w tej samej puszce - nota bene to puszka Rangera, specjalnie do przechowywania distress markerów właśnie - i nic im nie dolega. Wyschły wyłącznie distressy! To kolejny bubel tej firmy!
Z kwiatkami było najciężej. Chciałam je utrzymać w kolorystyce jesiennej, jak tło, ale jednocześnie nie chciałam, żeby się z tym tłem zlały. Spróbowałam więc odwrócić proporcje kolorów, a więc na kwiatki nałożyłam te kolory, które na tłach występowały w niewielkiej ilości, ale jednak występowały. Wprowadzenie nowych kolorów trąciłoby pstrokacizną. Tła są brązowe z lekką domieszką kolorów jesiennych - zieleni, fioletu, niebieskiego, więc te kolory dominują na kwiatkach. Jednocześnie tła są w miarę jasne, więc kolory kwiatków wybrałam dość intensywne.
To jest jedno zdjęcie, nie kolaż, zrobione zostało na pufie przy oknie, nie było tam żadnego cienia, a mimo to górne tła wyszły dużo ciemniejsze niż dolne. W rzeczywistości są wszystkie tak samo jasne jak te na dole.
Robienie motylka też nie było najłatwiejsze. Chciałam przykleić do niego stalówkę i drucik, ale gel medium mnie nie przekonywało. Co prawda już kiedyś przyklejałam do pracy metalowe elementy właśnie na gel medium, ale to była praca do smasha, a tu jeden z motylków miał być przyklejony do kartki. Ta, jak wiadomo, jest ciągle ruszana, otwierana, czytana, pewnie i zginana - choćby przez pocztę - więc motylek nie może się odkleić. Tak więc stalówkę przyczepiłam do motylka... drucikiem!
Pod spodem drucik biegnie pod motylkiem. Na kadłubie motyla zrobiłam 2 dziurki - na górze i na dole - i przez nie przewlekłam drucik. Niestety nie polecam Wam grubych drucików. Ten ma ok. 1 mm i wymagał gięcie i przytrzymywania 2 parami cążków do biżuterii. W dodatku dał się nawinąć na wykałaczkę, ale zsunąć z niej już nie, musiałam go odkręcić, dlatego wygląda, jak wygląda. ;) Następnym razem użyję cieńszego drutu.
Kartki pokażę Wam, jak je wreszcie zrobię, a dziś tylko wpis do mini smasha. Kwiatki przykleiłam do bazy magikiem i tylko na dole w strategicznych miejscach, czyli głównie pod motylem. Motyla dokleiłam na kostkach dystansowych - drucik to wymusił, nie dało się przez niego przykleić motyla na płasko (planowałam go wkleić tylko za kadłubek). Kostki (posmarowane dodatkowo także magikiem, żeby trzymały lepiej) umieściłam po obu stronach drucika, czyli w praktyce po obu stronach stalówki. Po jednym rzędzie. Reszta powierzchni skrzydeł nie jest przyklejona. Ponieważ papier wizytówkowy okazał się zbyt cienki, obie główki kwiatków też podkleiłam kostkami - po jednej na kwiatek. Tym sposobem nie przylegają do tła, ale się nie urwą z czasem.